Ten, kto regularnie mnie czyta i ogląda, prawdopodobnie bez trudu wskazałby mój ulubiony region Islandii. Wschodem zachwycam się od samego początku, choć wiele zagranicznych turystów jedynie przejeżdża przez niego w drodze do kolejnych popularnych atrakcji lub zwiedza bardzo pobieżnie. Ja z kolei obawiam się, że nie starczy mi życia, aby przejść wszystkie szlaki, które wciąż mam tam do odkrycia.
Daleki Wschód
Tak, wschód Islandii (Austurland) kocham najbardziej i nie wyobrażam sobie nie spędzić tam choć kilku dni w roku. Najczęściej w regionie Egilsstaðir zatrzymuję się na około 7-10 dni w domku, który wynajmuję za pośrednictwem islandzkich związków zawodowych, ale w tym roku ostatecznie zdecydowałam się na kemping. Domek na tegoroczne wakacje zarezerwowałam gdzie indziej (wyjazd ten jeszcze przede mną), więc kemping był dla mnie tak naprawdę jedyną pozostałą opcją.
Namiotowanie w Islandii

No i chyba zacznę od tego, że ja naprawdę nie przepadam za kempingowaniem w Islandii. Wybieram tę formę noclegu, bo po prostu inny wybór jest mniej racjonalny. Plus jest taki, że jestem bardziej swobodna w podróżowaniu, tzn. na bieżąco wybieram miejsce noclegowe, a rano nie muszę się spieszyć na check-out, ale niestety nie rekompensuje mi to zmęczenia, niewyspania i marznięcia pod namiotem przed snem, no i tej straty czasu na rozkładanie się i składanie. Ale co jeszcze bardziej mnie irytuje to stan sanitarny miejsc kempingowych. Dla mnie to istny dramat (z islandzkich kempingów korzystam od lat i rzadko się zdarza, że jestem mniej niezadowolona :D) i zawsze z wielkim obrzydzeniem korzystam z toalet, umywalek (również zewnętrznych zlewów), czy nie daj Boże pryszniców. Z tych ostatnich to korzystam najmniej, ponieważ myję się na islandzkich basenach. I bardzo polecam to rozwiązanie, bo jest znacznie przyjemniejsze, swobodniejsze i wiąże się z dodatkową przyjemnością relaksowania się na basenie.
Myślę, że o kempingowaniu w Islandii przygotuję jeszcze oddzielny wpis – z większą garścią praktycznych informacji (i może też o wyposażeniu namiotowym) – dlatego na tym zakończę ten temat. 🙂
Dzień 1
Na naszą spontaniczną wycieczkę wyjechaliśmy w piątek, 17 lipca 2026 przed południem. Dzień wcześniej Damian wziął kilka dni wolnego i naszym jedynym wcześniej ustalonym planem była podróż w kierunku słońca. Niestety Reykjavik, w którym mieszkamy, charakteryzuje się bardzo pochmurną i deszczową pogodą w zasadzie przez cały rok, dlatego po odrobinę słońca często trzeba jechać na północ czy wschód kraju.
Wieczorne wyjście w Skaftafell
Pierwszym pomysłem było, aby zatrzymać się na noc w miejscowości Kirkjubæjarklaustur, w której też często zatrzymujemy się na parę dni, gdy podróżujemy na wschód Islandii. Po dotarciu na miejsce okazało się jednak, że są tak przepotężne tłumy (islandzkich) turystów, że szybko stwierdziliśmy, że to jednak nie dla nas. Przy wodospadzie Stjórnarfoss działo się szaleństwo – dziesiątki ludzi kąpiących się, skaczących z wodospadu, jakby kompletnie zapomnieli, że to wciąż Islandia. Ale z drugiej strony, kto by nie korzystał przy tak słonecznej, upalnej wręcz pogodzie!
Ostatecznie zdecydowaliśmy się nocować na terenie Rezerwatu Przyrody Skaftafell, który jest częścią Parku Narodowego Vatnajökull. Tam znajduje się też jeden z przyjemniejszych kempingów, tzn. dosyć duży i bardzo wygodny strategicznie, jeżeli planuje się pochodzić po szlakach Skaftafell.
Skaftafell jest jednym z głównych przystanków na trasie południe-wschód i ci, którzy się tu zatrzymują, głównie podchodzą do wodospadu Svartifoss, a także do łatwo osiągalnego jęzora lodowcowego Skaftafellsjökull. My byliśmy tu wielokrotnie, ale wciąż zostało nam kilka tutejszych tras do przejścia. Po przybyciu do Skaftafell, znalezieniu najbardziej komfortowego dla nas miejsca oraz rozbiciu namiotu, wyruszyliśmy na szlak. Była godzina 17:00.
Włączyłam apkę nagrywającą trasy i poszliśmy przed siebie, ale w przeciwnym kierunku niż zazwyczaj. Kierując się na zachód, weszliśmy na niebieski szlak M2 (niebieski = łatwy) i przez kilka kilometrów maszerowaliśmy przez płaski teren równiny sandrowej Skeiðarársandur wzdłuż rzeki Morsá. Ten fragment jest też trasą rowerową i faktycznie trochę rowerzystów mijaliśmy. Na początku szlaku przeszliśmy przez jeden most, a następnie przez drugi, który skierował nas na Skaftafellheiði. Wędrówkę kontynuowaliśmy w kierunku Sjónarsker. Następnym punktem na trasie był najsłynniejszy wodospad w Skaftafell, czyli Svartifoss, który jest jedną z najpopularniejszych atrakcji regionu południowo-wschodniego. W tym miejscu mogliśmy zejść na dół na kemping, ale my pomimo zmęczenia (biorąc pod uwagę dojazd z Reykjaviku i rozbicie namiotu) – postanowiliśmy kontynuować wędrówkę i naszym następnym przystankiem był punkt widokowy Sjónarnípa. Następnie skierowaliśmy się już w dół na pole namiotowe.



Wieczorem zjedliśmy po zalewajce – tutaj musieliśmy samodzielnie sobie zagotować wodę na własnej butli gazu, ponieważ nie było współdzielonej kuchni (z czajnikiem), ale za to bez dodatkowej opłaty i w miarę komfortowo z racji większej przestrzeni, mogliśmy wziąć prysznic. Noc nie była zimna (choć ja i tak musiałam się zagrzać pod kilkoma warstwami), a sąsiedzi raczej byli cisi, więc noc przebiegła w porządku.
Dzień 2
Miało być słońce, a złapał nas deszcz
Nowy dzień przywitał nas pochmurną pogodą, choć zapowiadali słońce. Szybko się zebraliśmy i pojechaliśmy dalej przed siebie. Nie wiedzieliśmy, gdzie zrobimy następny przystanek, bo z naszych wstępnych planów nic nie wypaliło przez pogodę – rozpadało się. Jednak nieoczekiwanie się rozpogodziło, a więc zatrzymaliśmy się tak szybko, jak było to możliwe i spontanicznie wybraliśmy szlak.
Wąwóz Grjótárgil
Na pierwszy spacer tego dnia wybraliśmy wąwóz Grjótárgil znajdujący się nieopodal Hoffell. Nie jest to powszechnie znana trasa, nie ma na nią drogowskazów i na miejscu nie jest też oznakowana – trzeba kierować się intuicyjnie. Jeżeli chodzi o stopień trudności, to oceniłabym go na łatwy z kilkoma newralgicznymi fragmentami. Zwieńczeniem spaceru jest wodospad, który przepływa przez skalny łuk, za który również można przejść, ale trzeba podciągnąć się na skałkach, aby wdrapać się na podwyższenie terenu. Samo zejście nad wodospad prowadzi stromą i osypującą się ścieżką, ale jest to bardzo krótki odcinek. Uważać również trzeba trawersując wzgórze, ponieważ nachylenie jest dosyć duże, a ponadto nie ma wytyczonej tu żadnej ścieżki – idzie się wąskimi, owczymi dróżkami.



Zakupy i basen w Höfn
Spacer ten zajął nam niecałe półtorej godziny i od razu po nim skierowaliśmy się do pobliskiego miasteczka Höfn. Tu zrobiliśmy mini zakupy w sklepie spożywczym Nettó, a następnie odpoczęliśmy na ławce nad wybrzeżem w Höfn. Uwielbiam to miejsce, a przy ładnej, słonecznej pogodzie jest idealne, aby zjeść sobie przekąskę, czy po prostu wygrzać się na słoneczku. My w Höfn udaliśmy się jeszcze na basen – jest to przede wszystkim super okazja, aby na spokojnie się umyć i oczywiście zrelaksować się na basenie, ale także dla dziecka upragniona możliwość świetnej zabawy na zjeżdżalniach.

Tröllatjörn
Jedziemy dalej. Dalej spontanicznie, choć z dużym pragnieniem zatrzymania się na noc w okolicy Egillstaðir. Po drodze znów odpuściliśmy kilka miejsc, które braliśmy pod uwagę, ale w końcu zdecydowaliśmy się, że następny przystanek na spacer zrobimy tuż przed Djúpivogur. Zatrzymaliśmy się nad rzeką Geithellnaá i skręciliśmy do starego koryta rzeki, wzdłuż którego spacerowaliśmy, mijając ciekawy łuk skalny, a następnie zatrzymując się nad rzeką. Z daleka dostrzegliśmy szkielet młodego renifera. Jak się okazało Geithellnadalur jest znanym terenem polowań na renifery we wschodniej Islandii.




Lagarfljót
Po zatankowaniu w Djúpivogur ruszyliśmy nad jezioro Lagarfljót – skrótem, czyli drogą szutrową nr 939. Jest to bardzo piękna, widokowa trasa, na której można zrobić wiele przystanków. Najbardziej polecam nad wodospadem Folaldafoss.
Późnym wieczorem dojechaliśmy nad Lagarfljót i bez problemu znaleźliśmy dla siebie miejsce na kempingu Hallormsstaður. Nie rezerwowaliśmy miejsca wcześniej, tylko wybraliśmy to z płatnością przez kod QR na miejscu. A na miejscu było dużo turystów – w zasadzie widziałam i słyszałam tylko tych islandzkich.

Dzień 3
Spotkanie Kajetana i Rósy
Silny wiatr, który rwał nasz namiot na każdą możliwą stronę zerwał nas wcześnie rano z dmuchanego materaca, ale po chwili nagle umilkł, a na niebie pojawiło się słońce. Gdy Damian nas pakował, podeszłam z Kajtkiem na trampolinę, na której skakał przynajmniej tuzin dzieci. Niespodziewanie Kajetana zaczepiła jego ulubiona koleżanka ze szkoły i oboje byli tak szczęśliwi tym spotkaniem, że daliśmy się im pobawić przynajmniej z godzinę. 😀
Hrafnafell i kolejna pieczątka
W końcu podjechaliśmy na szlak i tym razem wybraliśmy się na wzgórze Hrafnafell ponad miejscowością Fellabær. Jest to prosta wędrówka, którą można przejść na kilka sposobów – najlepiej dużą pętlą, choć łatwo można z niej zejść, ponieważ tylko częściowo szlak ten jest wyraźnie oznakowany. My zrobiliśmy spacer węższą pętlą, ale co najważniejsze, zwieńczony przybiciem kolejnej pieczątki do książeczki Perlur Fljótsdalshéraðs. Pogoda była niesamowita, choć w sumie zawsze jak jesteśmy na wschodzie Islandii to doświadczamy upałów. Ponad dwadzieścia stopni powyżej zera w Islandii, to jak z trzydzieści w Polsce – believe me!



Basen i pizzeria
Po spacerze poszliśmy na basen w Egilsstaðir, który tak bardzo nam się spodobał, że stał się jednym z naszych ulubionych w Islandii. Zjeżdżalnia najlepsza na świecie! 😀 Po super zabawie poszliśmy na naszą ulubioną pizzę, czyli do Askur. Stołujemy się tam zawsze, kiedy przebywamy w okolicy Egilsstaðir. Jest to też nasze ulubione z przyjaciółmi (buziaki dla Was!) z Fiordów Wschodnich miejsce na spotkania, jednak tym razem nie zdążyliśmy się umówić. Nasza wycieczka na wschód była naprawdę błyskawiczna!
Link: Pizzeria Askur
Dokąd dalej?
To jeszcze nie koniec atrakcji dnia trzeciego. Musieliśmy się jeszcze zdecydować na miejsce noclegowe. Sprawdziłam pogodę na następny dzień i okazało się, że najgoręcej miało być w Bakkagerði, które jest jedną z najbardziej oddalonych miejscowości w Islandii. Nie jest jednak zupełnie nieznana turystom, ponieważ ci przyjeżdżają tu, by odwiedzić jedną z większych kolonii maskonurów. My też tu kilka razy byliśmy, ale tym razem wymyśliliśmy sobie, że czwartego dnia pójdziemy na dłuższy, kilkunastokilometrowy szlak, na którym nas jeszcze nie było. A Bakkagerði, a w zasadzie fiord Borgarfjörður eystri słynie z dziesiątek pieszych szlaków (oficjalnie przynajmniej sześćdziesiąt), także jest tu w czym wybierać.
Innra Hvannagil
W drodze z Egilsstaðir do Bakkagerði zatrzymaliśmy się jeszcze w złotym wąwozie Innra Hvannagil, który zbudowany jest ze wspaniale mieniącego się w słońcu ryolitu. Pamiętam, gdy wiele lat temu odwiedziłam to miejsce po raz pierwszy i naprawdę nie mogłam uwierzyć, że tak blisko drogi dojazdowej znajduje się tak piękna atrakcja. Do tej pory nie jest to jakoś szczególnie znane miejsce, a bardzo warte poświęcenia choćby kilkunastu minut.



Bakkagerði
I wreszcie dojechaliśmy do Bakkagerði. Najpierw – śladami turystów – podjechaliśmy poobserwować maskonury, a następnie na kemping. I tu niestety mieliśmy bardzo nieprzyjemną sytuację z turystami z Węgier. Oni zaparkowali camperem, my chcieliśmy po sąsiedzku koło nich – było wystarczająco dużo miejsca, taki zaciszny kąt – ale jak chłop spostrzegł, że ktoś będzie obok parkować, to tak się wydarł, że aż wszyscy wokół zaniemówili. Z taką ogromną agresją, pięściami w moją stronę krzyczał „No, no, no!”, że byliśmy w totalnym szoku, jak tak można się zachowywać. Uciekliśmy od niego jak najdalej, by mieć święty spokój i tak samo zrobili kolejni turyści, którzy chcieli w tym samym miejscu, co my zaparkować. xD
Gdy Damian rozkładał nam namiot, my z Kajetanem weszliśmy sobie na wzgórze Álfaborg, które jest oficjalną siedzibą elfów. 😀 Właśnie u podnóża Álfaborg usytuowany jest rozległy kemping, a z samego wzgórza roztacza się przepiękny krajobraz na ciągnące się pasma gór po obu stronach fiordu Borgarfjörður eystri. Na Álfaborg można wejść nawet w crocsach.
Przed spaniem podeszliśmy jeszcze do współdzielonej na kempingu kuchni, bo Kajuś zrobił się głodny. Przyrządziliśmy mu szybko kolację i posiedzieliśmy przy dużym, drewnianym stole wraz z innymi turystami. Zdążyliśmy nawet pograć kilka rundek Uno.



Dzień 4
Noc minęła spokojnie, choć trochę wiało i możliwe, że nawet padało, ale nie byłam tego pewna. Gdy wyszliśmy rano z namiotu, dzień już był bardzo ciepły, choć z przyjemnym powiewem wiatru. Niespiesznie się pakowaliśmy i mentalnie nastawiali na długą wędrówkę, którą na dziś nam zaplanowałam.
Brúnavík
Region wschodni, szczególnie Egilsstaðir – Borgarfjörður eystri obfituje w piesze szlaki turystyczne. Niektóre z nich objęte są inicjatywą „Pereł regionu wschodniego”, ale zdecydowana większość pozostaje mniej znana i dzika. Gdzieś pośrodku można usytuować szlak do zatoki Brúnavík, który właśnie w czwartym dniu naszego pobytu na wschodzie planowaliśmy zrealizować.
Do zatoki Brúnavík można dojść na dwa sposoby – albo trasą dłuższą rozpoczynającą się bliżej miejscowości Bakkagerði, albo krótszym, głównym szlakiem, który rozpoczyna się na parkingu niedaleko portu Borgarfjarðarhöfn (tam gdzie stacjonują maskonury). A najlepiej jest zrobić pełną pętlę, która jest najciekawszą krajobrazowo opcją. Szlak główny do Brúnavík można uznać za nieco trudniejszy przez strome zejście z przełęczy do zatoki. To jest fragment dosyć sypki, ale z drugiej strony można całkiem sprawnie sobie z nim poradzić, lekko zbaczając ze szlaku i schodząc łąkami. W jednym miejscu szczególnie asekurowaliśmy Kajetana, ale nie było to najtrudniejsze przejście, z którym miał do czynienia. Po odpoczynku nad oceanem można wrócić tą samą trasą albo wybrać dłuższą pętlę. My wybraliśmy opcję dłuższą, czyli skierowaliśmy się w głąb doliny i poszliśmy w górę rzeki Brúnavíkurá, aż do starej górskiej drogi terenowej. Tu skręciliśmy na Bakkagerði, czyli dalej kontynuowaliśmy wędrówkę drogą terenową. Po dotarciu na przełęcz przed nami rozpościerał się piękny krajobraz na Borgarfjörður eystri z górami Dyrfjöll. Zejście było łagodniejsze niż do Brúnavík, a w kilku miejscach można było sobie je skrócić idąc na przełaj. Najnudniejszy fragment trasy to powrót na parking drogą asfaltową. Niestety innej opcji nie ma.









Po dotarciu do Bakkagerði wstąpiliśmy na lody i kawę do kawiarni Álfacafé. Potem kilka chwil na wielkiej huśtawce nad oceanem i powrót do Egilsstaðir. Zdążyliśmy jeszcze na basen i pizzę, a następnie pojechaliśmy spać na ten sam kemping nad jeziorem Lagarfljót.
Dzień 5
Dzień powrotu do Reykjavíku, czyli przed nami około ośmiu godzin jazdy samochodem i ponad 620 km. Zdecydowaliśmy się pokonać ten dystans na raz, ale zanim wyruszyliśmy w trasę, wybraliśmy się jeszcze do jednej z najbardziej znanych atrakcji w okolicy, czyli wodospadu Hengifoss. Byliśmy tu nieraz, ale nigdy nie zrobiliśmy pełnej pętli, więc wreszcie mieliśmy ku temu okazję.




W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Höfn na małe zakupy spożywcze i pyszne hamburgery na stacji Olís (wg mnie smaczniej niż na N1) – ja polecam Yukon z rybką i kimchi. Późnym wieczorem dotarliśmy do domu. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Z przebytymi 45 km na pieszo i 1500 km samochodem. Nowymi odciskami na stopach i odpryskami na samochodzie. Setkami nowych zdjęć i chyba nie mniejszą liczbą pogryzień przez kuczmany. xD



Lubię Twój sposób patrzenia na sprawy.Zatrzymałem się przy tym wpisie na dłużej. Czuć, że ktoś tu naprawdę przemyślał, co chce powiedzieć. Warto mieć taki blog pod ręką, kiedy ma się przesyt informacji, a szuka się czegoś bardziej osobistego ale i konkretnego.